Následující text není historickou studií. Jedná se o převyprávění pamětníkových životních osudů na základě jeho vzpomínek zaznamenaných v rozhovoru. Vyprávění zpracovali externí spolupracovníci Paměti národa.

Pokud máte k textu připomínky nebo jej chcete doplnit, kontaktujte prosím šéfredaktora Paměti národa. (michal.smid@ustrcr.cz)

Maria Chęcińska (* 1940  )

Wszyscy liczyli na to, że wrócą, ale tak lata leciały, że w końcu powiedziano a gdzie wy chcecie wracać, tam już nie ma miejsca dla was.

  • urodzona 15 listopada 1940r., na Kozakach
  • Ojciec Michał, Ukrainiec Mykietów, ożenił się z Polką - Zofią Czerniecką 8.09.1927 r.
  • Rodzina Marii przechowywała Żydów podczas wojny
  • Opuszcza Kozaki, razem z rodziną ze względu na wydany nakaz.
  • Rodzina Marii opuściła, Kozaki rok później
  • Podróż na zachód
  • Uczęszczała do szkoły w Pyrzanach, tam skończyła 5 klas
  • Wstąpiła w związek małżeński 26.12.1962r. z Kazimierzem Chęcińskim.
  • Obecnie jest na emeryturze.

Maria Chęcińska z domu Mykietów

Urodziłam się 15.11.1940 r. we wsi Kozaki. Mało pamiętam na temat kościoła i szkoły, proboszczem był ks. Krall a nauczycielką pani Maria Pająk. Wiem, że przyjechali tutaj z nami do Pyrzan ale mało pamiętam, byłam za mała. Mój tata pracował w szachcie, kopalni. Mama nie pracowała, była nas gromada, zajmowała się dziećmi. Na Kozakach byli Żydzi, tylko to było wszystko już podczas wojny, to była wielka tajemnica przed Niemcami i strach. Wiem nawet, że tata tam jakiś przechowywał, moja rodzina razem z mamą. Wiem, że mieli wykopaną jakąś ziemiankę w polu kukurydzy i oni tam w dzień siedzieli i na noc przychodzili do nas się najeść i znowu tam wracali. Później wyjechali, tak jakoś, że nawet nie powiedzieli, że wyjeżdżają, pewnie podłapali jakiś kontakt z kimś i wyjechali sobie. Wiem, że było kilka rodzin, które przechowywały tam Żydów. Nie pamiętam czy mordowano Żydów, nasi rodzice nas chronili, żebyśmy za dużo nie widzieli i nie słyszeli, ale na pewno mordowano, jak wszędzie. Na Kozakach rozmawiano po ukraińsku, jak byliśmy sami w domu to po polsku, ale jak już ktoś był tam ze wsi to po ukraińsku. Święta polskie były na pewno obchodzone, były na pewno skromniejsze jak są teraz. Polacy, ci którzy je obchodzili, to w tajemnicy się je robiło, żeby Ukraińcy nie wiedzieli. Było tak dlatego, że niektórzy obchodzili ukraińskie, niektórzy polskie, u nas w domu obchodziło się polskie. Na Trzech Króli, 6 stycznia, to były prawosławne święta. U nas było jeszcze tak specyficznie bo tata był Ukraińcem a mama Polką. Małżeństw mieszanych było dużo. Musieliśmy wyjechać dlatego, że mama była Polką, nie nadawaliśmy się do nich. Wiele nie pamiętam, większość z tego jak tata opowiadał, jak już byłyśmy większe, gdyby tata żył to by ci wszystko opowiedział.

Musieliśmy wyjechać bo to był taki nakaz, prikaz ?, musicie wyjechać Polacy, my was tutaj nie chcemy i koniec. Rosyjskie władze, przed tymi ukraińskimi, banderowcami nas chronili trochę. Mieliśmy nakaz, trzeba było wyjechać i nie było dyskusji czy chcemy wyjechać czy nie, nikt się nas o to nie pytał. Myśmy wyjechali rok później, dlatego, że ciotka Lusia się urodziła. Mama była w ciąży jak wszyscy wyjechali do Pyrzan. Wyjechaliśmy do Pyrzan jak już Lusia się urodziła. Wyjechaliśmy rok później niż wszyscy, ale wiem, że jechały z nami jeszcze jakieś rodziny. Rok przed nami wyjechała prawie cała wioska. Jeszcze pamiętam, że od tych władz rosyjskich tata dostał konia w prezencie, dla Lusi, że to ona się urodziła. Nie mieliśmy wyboru, nie było gadania czy my chcemy wyjechać czy nie. Z domu zabierano co się dało, mebli nie braliśmy chyba, nie pamiętam, żeby coś z mebli przywieźli, ubrania, jedzenie, tam które się nadawało, bydło, to wszystko było w wagony ładowane, z mebli to chyba naprawdę nic nie braliśmy, bo nie pamiętam żeby coś było tutaj w Pyrzanach. Jechaliśmy w tych odkrytych wagonach towarowych, bydlęcych, co ileś kilometrów zatrzymywali się na stacjach, bo trzeba było dać bydłu do picia coś. Wszyscy razem się trzymaliśmy, tam był strach, że przyjdą i wymordują. Ukraińcy mordowali, okradali, prześladowali, jak był już nakaz wyjazdu to wszyscy razem się ładowali się w Złoczowie do tych wagonów. Nie pamiętam kto dokładnie zamieszkał w naszym domu, po naszym wyjeździe, ale wiem, że jakiś miejscowy tam się wprowadził. Zatrzymywaliśmy się na większych stacjach, zjeżdżano tam na boczne tory, żeby nie zatrzymywać ruchu, wtedy można było napoić te zwierzaki, umyć się. Osiedlono się w Pyrzanach, dlatego, że wszyscy chcieli być razem, nikt nie wiedział, że my zostaniemy na tych ziemiach. Jak myśmy przyjechali, to ten domek, który tata wziął to był w środku wioski, a tam na skraju pod lasem był taki murowany dosyć dobry dom. Tata nie wziął go, bo przy lesie, przyjdą banderowcy wymordują dzieci i jego. Domy wybierano na zasadzie prawa pięści, tak mi się zdaje, kto był cwańszy to zajmował lepszy. Nie pamiętam co dokładnie było w domach, na pewno jakieś meble, rzeczy, których jeszcze nie zdążono wyszabrować, niektórzy się tam poobmawiali, co tu dużo mówić. Jak my już przyjechaliśmy to nie było już nic takiego, co lepsze to było już pozabierane, ale niektórzy mieli tam po Niemcach meble, jakieś maszyny rolnicze.

Kościoła w Pyrzanach nie zajęto dlatego, że był strasznie zniszczony, wydaje mi się, że to ruskie zrobiły. Był to piękny, duży kościół, bardzo zniszczony, obstrzelany, to była już ruina. Zaraz koło kościoła odremontowali kapliczkę, zrobili z tego budynku kościół, nie było funduszy na remont tego zniszczonego kościoła, a był piękny. Jak była świetlica w Pyrzanach, to zaraz przez drogę, był ten kościół, był naprawdę ładny, ale zniszczony. Nie wszyscy byliśmy katolikami, ale jak już tutaj przyjechaliśmy, to byliśmy wszyscy razem, był ten sam ksiądz, ta sama religia, do prawosławia się już raczej nikt nie przyznawał. Tu był polski ksiądz i kościół. Mało kto wiedział w czyim domu mieszkał, my też nie wiedzieliśmy, kto w nim mieszkał przed nami. W Pyrzanach zrobiono szkołę, to było tak, że ta świetlica co na środku jest, zaraz kościół, za nim szkoła. Kościół rozebrano, cegła z niego poszła na odbudowę Warszawy chyba. Szkołę dopracowała tam już później Pająkowa na początku były cztery klasy, starsze dzieci do Nowin chodziły, ja jak już chodziłam to było pięć klas. Pamiętam, że Antoni Pająk chyba gospodarstwo prowadził, ale mówiono, że też był uczonym, miał jakieś tam szkoły skończone.

Ksiądz Krall to wzór wszystkich księży. Był człowiekiem ubogim, szlachetnym, bardzo dobrym. Jak chodził po kolędzie, to gdzie były dzieci, nie było tak, że wziął kopertę, jak dzisiaj biorą, to jeszcze dawał dla tych dzieci, zawsze z cukierkami chodził. Chodził w połatanej sutannie, w rozwalonych butach, ale kościół i ludzi dbał. Ksiądz miał ileś tam wiosek, do Pyrzan należały też Dzieduszyce, to było jakieś 15 km i na pieszo szedł, jak nie przysłali koni, zima, śnieg to na pieszo chodził. Mówili, że końmi nie dojechali, ale na pieszo szedł przez las do Dzieduszyc, szedł ileś godzin, bo tam ludzie na niego czekali. Jakby dzisiaj byli tacy księża, to ludzie drzwiami i oknami by się pchali. On przyciągał ludzi, do kościoła, nie szło się dlatego, że kazano. Wszyscy chodzili do kościoła nie z przymusu, Dla mnie to były jedyny, taki niepowtarzalny ksiądz.

Ksiądz Ferensowicz, wiem, że u nas w Pyrzanach była jego rodzina, ale go tutaj z nami nie było. Jak były jakieś święta, to przyjeżdżał i pomagał ks. Krallowi. Jak ks. Krall już zmarł to jeszcze przyjeżdżał. Z opowiadania wiem, że Kazimierz (Romański) z Łuki, był bardzo dobrym dziedzicem. Pomagał ludziom, ale byłam za mała, tylko pamiętam to z opowiadania, co tata nam mówił.

Najbardziej w pamięci zapadło mi to jak Ukraińcy gonili ruskiego lejtnanta, on jechał na koniu w biały dzień, gdzieś w takim czasie, jak teraz, było to jeszcze przed żniwami, ja się bawiłam na podwórku, nie pamiętam czym, raptem przez płot przeskakuje biały koń, na nim, nawet pięcioletnie dziecko by zauważyło, przystojny lejtnant ruski. Przeskoczył z drugiej strony przez nasz sad i w żyto poszedł. Tam było bardzo wysokie zboża, zeskoczył z konia. Za nim trzech z pepeszami, wyglądali tak jak ten rumcajs z bajki, z brodami, brudni, na plecach mieli worki jutowe ?, taki plecak, sznurek, gonili go, ale go nie złapali, może dlatego, że to był biały dzień, on uszedł im wtedy , ale po kilku miesiącach i tak go dorwali. Pamiętam też jak szłam do sąsiadów, byłam bardzo mała, po drodze były jakieś tam zarośla, ja tam weszłam, były tam pokrzywy, a że mnie te pokrzywy tak parzyły to zasnęłam tam i później mnie tam znaleźli.

Pamiętam, że na każde święta dostawało się taki deputat, pamiętam, że ta czekolada to była taka 50 /50 takie tafle, była taka gruba, co najmniej z 5 cm, dostawano to jako taki deputat, na święta dla dzieci. Czasami dzieci tą czekoladę dostały, a czasami trzeba było ją sprzedać i co innego kupić. Ale pamiętam, że była dosyć dobra. Pamiętam, że mama chciała zostawić kawałek tej czekolady na święta. Mama schowała tą czekoladę pod kapelusz, później jej szukała, ale mój brat Staszek, on był taki łasuch, że codziennie tam po kawałku podcinał tą czekoladę i ją zjadł. On powiedział wtedy mojej mamie „No pewnie ją myszy zjadły”. Chciałabym zobaczyć jeszcze kiedyś Kozaki, miałam wtedy tylko pięć lat, to mały dzieciaczek , tak mi nie raz się ckni? Wszyscy myśleli, że za rok za dwa wrócimy na swoje. Wszyscy liczyli na to, że wrócą, ale tak lata leciały, że w końcu powiedziano a gdzie wy chcecie wracać, tam już nie ma miejsca dla was.

Pyrzany się zmieniły, teraz dużo pól leży odłogiem, jak my przyjechaliśmy to było inaczej. Każdy dbał o tą ziemie, teraz jak tam jadę, to widzę, że to leży mało kto coś robi z tym. Wydaje mi się, że ta historia dla moich dzieci i moich wnuków jest ważna, cieszę się, że mogę to przekazać. Jeszcze chciałabym tam pojechać, oczami widzę do tej pory gdzie co jest, pamiętam gdzie się bawiłam, pamiętam ten nasz piękny sad.

Wywiad przeprowadziła Paulina Kluczyńska w Kostrzynie nad Odrą w marcu 2011 roku

 

© Všechna práva vycházejí z práv projektu: Poles, Germans and Ukrainians and their memories on forced migration